18:37
Ojejku kolejny tydzień, który nie należał do najprzyjemniejszych. Od 4 października jestem już w Kołobrzegu. Jak widzicie nie wytrzymałam za...
3 days in hospital
Ojejku kolejny tydzień, który nie należał do najprzyjemniejszych. Od 4 października jestem już w Kołobrzegu. Jak widzicie nie wytrzymałam za długo sama w Danii. Ponadto co tam robić jak szkoły nie mam, z dnia na dzień coraz zimniej, a wszyscy dookoła mega zajęci. Nie ma sensu.
Nawet tygodnia równego nie spędziłam na spokojnie w domu, jak we wtorek trafiłam do szpitala. Wieczorem wróciliśmy z Patrykiem do domu i nagle dostałam dziwnych bóli. Leżałam na łóżku i nagle poczułam bardzo bolesny skurcz. Ułożyłam się wygodnie w łóżku i czekałam aż mi przejdzie. Po chwili kolejny. Przerażona pomyślałam, że może mojemu dziecku 26sty tydzień pomylił się z 40stym. Ból z minuty na minutę się pogarszał, więc zadzwoniłam do swojego lekarza w Kołobrzegu, ale niestety wyjechał. Poradził mi wziąć No-spę na rozkurczenie, a w przypadku gdyby nie pomogła to pojechać do szpitala. Odczekałam 2h, żeby mieć pewność czy działa czy nie. Ja też nie chciałam panikować, bo już wcześniej miałam bóle w tych miejscach i zawsze przechodziło. Wiadomo, że dziecko rośnie a razem z nim wszystko dookoła. W końcu nie wytrzymałam i pojechałam na izbę przyjęć do szpitala.
Na dzień dobry nie było miło. Pukam do drzwi i otwiera mi lekarz z takim tonem, że odwidziało mi się jakiejkolwiek pomocy z ich strony "Co jest.? Do porodu czy jak.?" Ja taka wystraszona mówię, że mam dziwne bóle podbrzusza i nie wiem co się dzieje. A on "Zaraz Ci kogoś wezwę, czekaj tam". No to grzecznie siedziałam i czekałam prawie 30 min. Okazało się, że były trzy porody, więc wiadomo, że tego lekarza też mi nie wyczarują. Jednak ból był tak silny, że nie mogłam się wyprostować i z tego wszystkiego aż mi łzy leciały. W końcu przyszła położna. Nie powiem, bo bardzo sympatyczna kobieta. Wypytała mnie o wszystko, oczywiście ja też fajnie wyglądałam, bo ani karty ciąży ani niczego nie miałam ze sobą. Nie spodziewałam się, że coś może się wydarzyć jak będę tutaj, poza tym po duńsku też za dużo by się nie dowiedzieli. Okazało się, że muszę zostać w szpitalu. Dobrze, że mama z Patrykiem byli to szybko pojechali mnie spakować do domu i mi przywieźli rzeczy.
Położna zabrała mnie na oddział zrobić wszystkie badania. Zaczęła od zapisu ktg. Mała tak się ruszała, że każde odchylenie to było jej kopnięcie, a nie skurcz. Sama położna się zdziwiła, że mała jest tak ruchliwa. Potem przyjął mnie lekarz. Standardowo badanie USG nic nie pokazało, więc na dobrą sprawę wszystko było w porządku, ale ból nie ustępował. Po pobraniu krwi dostałam kroplówkę, zastrzyk i już zostałam na oddziale. Miałam nadzieję, że na drugi dzień wyjdę ze szpitala, ale nie.. zostałam tam trzy doby.
Myślałam, że oszaleje. Nie cierpię szpitali, są strasznie przygnębiające dla mnie. Poza tym leżałam na ginekologii, gdzie były kobiety po różnych operacjach i chcąc nie chcąc słyszałam co której dolega..
Oddział po remontach wygląda bardzo ładnie, ale mogliby zainwestować w łóżka i w mojej sali w okno. Dwie noce spałyśmy przy zepsutym oknie i było tak zimno, że ja znowu jestem przeziębiona. Jeżeli chodzi o łóżka to wystarczyło ręką czy nogą ruszyć, a wszystko skrzypiało. Jak się przewracałam z boku na bok to miałam wrażenie, że zaraz wpadnę do środka. Poza tym "pościel" nie miała nawet tych sznurków, żeby ją związać więc co jakiś czas w nocy wstawałam, żeby na nowo włożyć koc w poszewkę. Ponadto leżałam z dziewczyną, która całą noc chrapała. Może ze 3h spałam w nocy. Już po piątej rano miałam kolejny zastrzyk, więc nie zdążyłam dobrze przysnąć jak już musiałam wstać..
Śniadanie było 8:30, ale na to też nie można liczyć. Dostałam wszystko to czego kobieta w ciąży nie powinna jeść. Poza tym czy wszystkim można nazwać 3 kromki chleba, kosteczkę masełka i ćwiartkę serku topionego.? Ja się nie dziwię, że większość osób, która wychodzi ze szpitala chudnie. Obiady też nie są najlepsze. Podobno jeżdżą z Drawska Pomorskiego, więc nie ma co się dziwić, że przyjeżdżają zimne. A najgorsze jest to, że śmierdzą (nie tylko ja tak twierdzę, żeby nie było). Na kolacje dostałam znowu trzy kromki chleba i 2 plasterki szynki i nie wiem co miałam zrobić, żeby starczyło aż na 3 kromki chleba. Mówię Wam dramat. Gdyby nie Patryk, moja i jego mama to bym tam zginęła. Ja rozumiem, że to jest szpital, a nie restauracja, ale kobieta w ciąży je częściej niż 3 razy w ciągu dnia zwłaszcza w takich odstępach czasu. I myślę, że w Kołobrzegu jest bardzo dużo miejsc, z których można zamówić dobre i tanie posiłki zwłaszcza przy takich ilościach. No, ale mniejsza z tym ja i tak przez całe trzy dni nic nie zjadłam co było mi dane.
Jeżeli chodzi o opiekę w szpitalu to naprawdę położne i pielęgniarki są cudowne. Są dużo serdeczniejsze niż lekarze i czuć, że opiekują się pacjentami. Nie odpowiadają na pytania tonem, który może zabić. Ja miałam taką sytuację, że chciałam wyjść już w czwartek na żądanie, bo nie miałam kroplówki i bardzo dobrze się czułam. Jednak moja mama jak usłyszała, ze zostały mi dwa zastrzyki to kazała mi zostać. Ha, ale lekarz, który przyszedł na wieczór stwierdził, że jak chcę to mogę wziąć te zastrzyki, ale nie muszę i w sumie on nie wie czemu jeszcze tu jestem, bo mogli mnie już rano wypisać. No to ja jestem lekarzem czy on, żeby decydować czy chcę zastrzyk czy nie.?! Zapytałam się, czy jakbym teraz (a było po 20:30) chciała to czy bym wyszłam na żądanie, to stwierdził, że nie bo jest za późno. No to jak mam się męczyć kolejną noc w szpitalu to już niech mi dadzą te zastrzyki. Podejście tego lekarza totalnie mnie zaskoczyło. Co lekarz to inna opinia. Jeden mówi, że nie wolno jeść bananów w ciąży, a drugi, że powinno się. I kogo tu słuchać.?!
Ta dziewczyna co leżała ze mną miała wyjść we środę, ale miała jeszcze mieć dwa badania: USG i coś jeszcze. Takie badanie zajmuje 20 min, ale od środy do piątku nikt nie miał dla niej czasu. We środę był tylko jeden lekarz na ginekologii i położnictwie, a czwartek był dniem zabiegów. Biedna musiała zostać do piątku ze mną. Także też fajnie.
Mi śpieszno było do wyjścia już w czwartek, bo jedna z pielęgniarek powiedziała nam, że lekarz zaraził się bakterią właśnie na tym oddziale. To ja dziękuję przyjść z bólem podbrzusza i wyjść z jakąś zarazą.. W sumie po tych trzech dniach nie wiadomo dokładnie co mi było. Stwierdzili, że to na pewno macica tak się rozciąga. We wtorek miałam podejrzenie wyrostka robaczkowego i miał przyjść chirurg, ale gdzie tam.
Ja to się tylko cieszę, że mi anemia się cofnęła i mam lepsze wyniki niż trzy tygodnie temu. Mała już też waży 1,2kg i ma 35cm. Więc rośnie jak szalona. A tak kopie, cały brzuch mi się rusza. Zapewne po tatusiu.! ;)
Nawet tygodnia równego nie spędziłam na spokojnie w domu, jak we wtorek trafiłam do szpitala. Wieczorem wróciliśmy z Patrykiem do domu i nagle dostałam dziwnych bóli. Leżałam na łóżku i nagle poczułam bardzo bolesny skurcz. Ułożyłam się wygodnie w łóżku i czekałam aż mi przejdzie. Po chwili kolejny. Przerażona pomyślałam, że może mojemu dziecku 26sty tydzień pomylił się z 40stym. Ból z minuty na minutę się pogarszał, więc zadzwoniłam do swojego lekarza w Kołobrzegu, ale niestety wyjechał. Poradził mi wziąć No-spę na rozkurczenie, a w przypadku gdyby nie pomogła to pojechać do szpitala. Odczekałam 2h, żeby mieć pewność czy działa czy nie. Ja też nie chciałam panikować, bo już wcześniej miałam bóle w tych miejscach i zawsze przechodziło. Wiadomo, że dziecko rośnie a razem z nim wszystko dookoła. W końcu nie wytrzymałam i pojechałam na izbę przyjęć do szpitala.
Na dzień dobry nie było miło. Pukam do drzwi i otwiera mi lekarz z takim tonem, że odwidziało mi się jakiejkolwiek pomocy z ich strony "Co jest.? Do porodu czy jak.?" Ja taka wystraszona mówię, że mam dziwne bóle podbrzusza i nie wiem co się dzieje. A on "Zaraz Ci kogoś wezwę, czekaj tam". No to grzecznie siedziałam i czekałam prawie 30 min. Okazało się, że były trzy porody, więc wiadomo, że tego lekarza też mi nie wyczarują. Jednak ból był tak silny, że nie mogłam się wyprostować i z tego wszystkiego aż mi łzy leciały. W końcu przyszła położna. Nie powiem, bo bardzo sympatyczna kobieta. Wypytała mnie o wszystko, oczywiście ja też fajnie wyglądałam, bo ani karty ciąży ani niczego nie miałam ze sobą. Nie spodziewałam się, że coś może się wydarzyć jak będę tutaj, poza tym po duńsku też za dużo by się nie dowiedzieli. Okazało się, że muszę zostać w szpitalu. Dobrze, że mama z Patrykiem byli to szybko pojechali mnie spakować do domu i mi przywieźli rzeczy.
Położna zabrała mnie na oddział zrobić wszystkie badania. Zaczęła od zapisu ktg. Mała tak się ruszała, że każde odchylenie to było jej kopnięcie, a nie skurcz. Sama położna się zdziwiła, że mała jest tak ruchliwa. Potem przyjął mnie lekarz. Standardowo badanie USG nic nie pokazało, więc na dobrą sprawę wszystko było w porządku, ale ból nie ustępował. Po pobraniu krwi dostałam kroplówkę, zastrzyk i już zostałam na oddziale. Miałam nadzieję, że na drugi dzień wyjdę ze szpitala, ale nie.. zostałam tam trzy doby.
Myślałam, że oszaleje. Nie cierpię szpitali, są strasznie przygnębiające dla mnie. Poza tym leżałam na ginekologii, gdzie były kobiety po różnych operacjach i chcąc nie chcąc słyszałam co której dolega..
Oddział po remontach wygląda bardzo ładnie, ale mogliby zainwestować w łóżka i w mojej sali w okno. Dwie noce spałyśmy przy zepsutym oknie i było tak zimno, że ja znowu jestem przeziębiona. Jeżeli chodzi o łóżka to wystarczyło ręką czy nogą ruszyć, a wszystko skrzypiało. Jak się przewracałam z boku na bok to miałam wrażenie, że zaraz wpadnę do środka. Poza tym "pościel" nie miała nawet tych sznurków, żeby ją związać więc co jakiś czas w nocy wstawałam, żeby na nowo włożyć koc w poszewkę. Ponadto leżałam z dziewczyną, która całą noc chrapała. Może ze 3h spałam w nocy. Już po piątej rano miałam kolejny zastrzyk, więc nie zdążyłam dobrze przysnąć jak już musiałam wstać..
Śniadanie było 8:30, ale na to też nie można liczyć. Dostałam wszystko to czego kobieta w ciąży nie powinna jeść. Poza tym czy wszystkim można nazwać 3 kromki chleba, kosteczkę masełka i ćwiartkę serku topionego.? Ja się nie dziwię, że większość osób, która wychodzi ze szpitala chudnie. Obiady też nie są najlepsze. Podobno jeżdżą z Drawska Pomorskiego, więc nie ma co się dziwić, że przyjeżdżają zimne. A najgorsze jest to, że śmierdzą (nie tylko ja tak twierdzę, żeby nie było). Na kolacje dostałam znowu trzy kromki chleba i 2 plasterki szynki i nie wiem co miałam zrobić, żeby starczyło aż na 3 kromki chleba. Mówię Wam dramat. Gdyby nie Patryk, moja i jego mama to bym tam zginęła. Ja rozumiem, że to jest szpital, a nie restauracja, ale kobieta w ciąży je częściej niż 3 razy w ciągu dnia zwłaszcza w takich odstępach czasu. I myślę, że w Kołobrzegu jest bardzo dużo miejsc, z których można zamówić dobre i tanie posiłki zwłaszcza przy takich ilościach. No, ale mniejsza z tym ja i tak przez całe trzy dni nic nie zjadłam co było mi dane.
Jeżeli chodzi o opiekę w szpitalu to naprawdę położne i pielęgniarki są cudowne. Są dużo serdeczniejsze niż lekarze i czuć, że opiekują się pacjentami. Nie odpowiadają na pytania tonem, który może zabić. Ja miałam taką sytuację, że chciałam wyjść już w czwartek na żądanie, bo nie miałam kroplówki i bardzo dobrze się czułam. Jednak moja mama jak usłyszała, ze zostały mi dwa zastrzyki to kazała mi zostać. Ha, ale lekarz, który przyszedł na wieczór stwierdził, że jak chcę to mogę wziąć te zastrzyki, ale nie muszę i w sumie on nie wie czemu jeszcze tu jestem, bo mogli mnie już rano wypisać. No to ja jestem lekarzem czy on, żeby decydować czy chcę zastrzyk czy nie.?! Zapytałam się, czy jakbym teraz (a było po 20:30) chciała to czy bym wyszłam na żądanie, to stwierdził, że nie bo jest za późno. No to jak mam się męczyć kolejną noc w szpitalu to już niech mi dadzą te zastrzyki. Podejście tego lekarza totalnie mnie zaskoczyło. Co lekarz to inna opinia. Jeden mówi, że nie wolno jeść bananów w ciąży, a drugi, że powinno się. I kogo tu słuchać.?!
Ta dziewczyna co leżała ze mną miała wyjść we środę, ale miała jeszcze mieć dwa badania: USG i coś jeszcze. Takie badanie zajmuje 20 min, ale od środy do piątku nikt nie miał dla niej czasu. We środę był tylko jeden lekarz na ginekologii i położnictwie, a czwartek był dniem zabiegów. Biedna musiała zostać do piątku ze mną. Także też fajnie.
Mi śpieszno było do wyjścia już w czwartek, bo jedna z pielęgniarek powiedziała nam, że lekarz zaraził się bakterią właśnie na tym oddziale. To ja dziękuję przyjść z bólem podbrzusza i wyjść z jakąś zarazą.. W sumie po tych trzech dniach nie wiadomo dokładnie co mi było. Stwierdzili, że to na pewno macica tak się rozciąga. We wtorek miałam podejrzenie wyrostka robaczkowego i miał przyjść chirurg, ale gdzie tam.
Ja to się tylko cieszę, że mi anemia się cofnęła i mam lepsze wyniki niż trzy tygodnie temu. Mała już też waży 1,2kg i ma 35cm. Więc rośnie jak szalona. A tak kopie, cały brzuch mi się rusza. Zapewne po tatusiu.! ;)
22:06
Jak dobrze, że ten tydzień już się skończył. Jak już mówiłam do Herning bezpośrednie połączenia są tylko z Krakowa. Także aby dostać się ...
the worst week ever
Jak dobrze, że ten tydzień już się skończył.
Jak już mówiłam do Herning bezpośrednie połączenia są tylko z Krakowa. Także aby dostać się do Danii musiałam lecieć przez Oslo, gdzie spędziłam cztery dni u taty. Niestety pogoda nie sprzyjała i tylko jeden dzień byłam w centrum, więc przesiedziałam ten czas w domu i najlepsze jest to, że przyjechałam chora. W Herning byłam już we środę.
Już od tego dnia było super zamieszanie. Z lotniska miała mnie odebrać Madzia, ale miała dużo zajęć i nie dała rady. Na szczęście znalazłam na fb chłopaka, który po mnie przyjechał. Tutaj to jest normalne, że jeździ się z ludźmi poznanymi przez fb. Na początku nie powiem, bo się stresowałam czy aby na pewno po mnie przyjedzie i czy mnie gdzieś nie wywiezie, ale był mega sympatyczny i dotarłam cała i zdrowa. Niestety nie mogłam spać u siebie na starym mieszkaniu, ponieważ przed wyjazdem podnajęłam je chłopakowi z Rumunii. On szukał mieszkania, a ja wiedząc, że zaraz się przeprowadzam nie miałam nic do stracenia. Poza tym wiadomo, że przeprowadzka to dodatkowe koszta i jak miałam okazję zaoszczędzić to czemu nie. Także spałam u Izy, u której zostawiłam na cały miesiąc moje szczurki. Kurczę fajnie jest mieć zwierzaki w domu, ale później jak się wyjeżdża to jest duży problem gdzie je zostawić i z kim. Bogu dzięki Iza zgodziła się nimi zaopiekować. I tak gwiazdy narobiły takie szkody, że szkoda gadać. Wystarczyła jedna ucieczka z klatki..
.
W czwartek rano postanowiłam pójść do spółdzielni sprawdzić czy mogę już dostać klucz do nowego mieszkania. W sumie byłam umówiona na następny dzień, ale już nie mogłam się doczekać. Dostałam klucz, zapłaciłam rachunki i poszłam zapisać się do lekarza. Także wszystko pięknie ładnie w 30 min miałam to co najważniejsze załatwione. Czekała mnie tylko przeprowadzka. Wróciłam do Izy po samochód i postanowiłam pojechać obejrzeć mieszkanie. I tu się zaczął mój pech. Auto nie odpaliło.. Bogu dzięki, że Magda po mnie nie mogła jechać dzień wcześniej, bo jakby się okazało godzinę przed moim lądowaniem, że on nie działa to bym została na lodzie.. Nie wiem co się stało z tym autem, ale nic nie działało. Wkurzona jak nie wiem, bo wiadomo wszystkie moje plany legły w gruzach i byłam nagle mega do tyłu z czasem poszłam na stare mieszkanie do tego Rumuna. Mieszkała z nim dziewczyna i obiecali mi wcześniej, że jak pomogą mi z przeprowadzką i posprzątają mieszkanie mogą zostać do poniedziałku. Zgodził się na taki układ, niestety nie było w czym pomagać..
Przypomniało mi się, że ostatnim razem jak samochód mi zgasł to sąsiad pożyczył mi kable do akumulatora, niestety ja nie pamiętałam gdzie mieszka, więc chodziłam od drzwi do drzwi, pukałam i w końcu znalazłam go. Pożyczył mi te kable i poszliśmy do Izy walczyć z autem. Super kable mamy, auto zepsute mamy, ale brakowało nam jeszcze działającego auta. U Izy przed domem jest budowa dróg, więc poprosiliśmy robotników o pomoc. Raz odpaliliśmy auto (ja już podjarana), ale zgasło. Drugi raz to samo. Za trzecim i czwartym razem nawet nie zaskoczył. Za piątym razem zaczął termometr wariować. Stwierdziłam, że to musi być coś z chłodnicą. Wlaliśmy wodę, ale wszystko wyciekło. Nasze wszelkie starania szły na marne. Ja cała wkurzona i zestresowana, bo już nie wiedziałam co mam robić, a wiadomo czas godził. Jeszcze tego samego dnia miałam odebrać tatę z lotniska, a nie miałam auta. Miałam ochotę usiąść na środku ulicy i płakać. Ci robotnicy co nam pomagali też nie mieli pojęcia co się stało z autem. Pomogli je tylko przepchnąć na parking i już tam zostało. Ja cała w stresie zaczęłam szukać kogoś kto by mi pomógł odebrać tatę z lotniska i z nieba spadł mi Piotrek, który następnego dnia miał mi pomóc w przeprowadzce. Przeprowadzka jednak została przyspieszona o jeden dzień. Wszystko w biegu. Jeszcze musiałam polecieć do lekarza, bo miałam wizytę. Okazało się, że mam za niski poziom hemoglobiny i mam anemię. W Danii jednak nie panikują z tego powodu i nie dostałam żadnych tabletek. Za miesiąc mam się zgłosić ponownie. Po prostu mam jeść wszystko czego nie lubię (marchewka, buraki etc).
Wracając do mojego cudownego dnia. Poleciałam szybko do starego mieszkania i w worki na śmieci wrzucałam wszystko jak leciało. Gdybym miała auto to bym sama wszystko sobie przewiozła, ale pech tak chciał, że nie. Po godzinie przyjechał już Piotrek i pojechaliśmy do Bilki pożyczyć przyczepę. Tam też było wesoło. Wypełniając wszystkie tabelki na stronie okazało się, że komputer nie akceptuje mojej karty kredytowej. No to dałam drugą, ale system zrobił rezerwację na przyczepę bez rezerwacji. Nie wiem jak to możliwe. Po 5 minutach wszystko się zacięło i nikt nie wiedział o co chodzi. W końcu system się odblokował i jakimś cudem przyjął kartę Piotrka. W sumie straciliśmy tam godzinę, a była już 19, a o 20:30 max musieliśmy wyjechać po tatę na lotnisko. Dobrze, że chociaż Ci moi lokatorzy zostali na starym i rozkręcili mi meble, bo bym się chyba zapłakała z tej bezradności, że wszystko na mojej głowie, a czasu brak.
Pojechaliśmy do mojego nowego mieszkania. Miałam mieszkać po numerem 18 na pierwszym piętrze, a okazało się, że mieszkam na parterze pod jedynką. W sumie dużo lepiej bo wszystkie meble i pierdoły wrzucaliśmy przez okno, aby było szybciej. I tak musieliśmy to zrobić na dwa razy. Dobrze, że był Piotrek i oni, bo ja nie mogąc nic nosić (a pewnie bym to robiła) bym się wykończyła. Także półtorej godziny i wszystko stało w mieszkaniu. Odwieźliśmy ich na stare mieszkanie, potem przyczepę, zatankowaliśmy auto i pojechaliśmy na lotnisko. Mieliśmy 10 minut do taty lądowania. Na szczęście samolot się trochę spóźnił, więc mieliśmy małą przewagę. Jak już odebraliśmy tatę to się ucieszyłam, że wszystko załatwione i ten dzień się kończy. Jednak tak wesoło nie było ;)
W piątek rano wstałam i poszłam do sklepu po coś na śniadanie. Idę po klatce i patrzę, że na drzwiach obok jest moje nazwisko, a ja przecież jestem na innym mieszkaniu. Wchodząc po raz pierwszy do mieszkania nie zwróciłam na to uwagi. Było późno, ciemno, czas nas gonił i myślałam, że będzie jak ostatnio, że zmienią mi nazwisko od 1 października dopiero. Wróciłam do domu i się śmieje do taty, że chyba mi klucz pomylili. I długo nie musiałam czekać..
Nagle dzwonek do drzwi i landlord. Okazało się, że w biurze się pomylili i dali mi zły klucz.. Chciałam, żeby tylko zamienili nazwiska na drzwiach, ale nie mogli tego zrobić, bo kontrakt podpisany był na to drugie mieszkanie. Zadzwoniłam do biura i wyjaśniłam pani ładnie, że jestem w ciąży sama z tatą i nie mogę dźwigać mebli, a tata sam nie da rady. Na szczęście landlord nam pomógł i w godzinę byłam ponownie przeprowadzona. Mówię Wam myślałam, że szału dostanę.. Nie dość, że dzień wcześniej nie wiedziałam co gdzie mam to po tej "przeprowadzce" było totalne zamieszanie. Moje dziecko przez te dwa dni przeżyło taki stres, że szok.
Jak już ogarnęłam się z nową sytuacją i nowym mieszkaniem zaczęłam rozpakowywanie, a tata składanie mebli. Okazało się, że szafa, którą kupiłam rok temu była źle złożona i tata się cały czas zastanawiał jak ja to zrobiłam. Stało to stało nie drążyłam tematu. Zwłaszcza, że ja nie czytam instrukcji i robię wszystko na "czuja". Cały dzień zajęło nam rozpakowywanie się. Nie zdawałam sobie sprawy z tego ile mam tutaj rzeczy. Ale na szczęście mieszkanko już jest gotowe. Brakuje tylko męża i maleństwa ;)
Po całym dniu taka szczęśliwa byłam, że mogę już iść spać, że szok. Jednak nadal nie było mi dane zaznanie spokoju. Mój tata tak chrapie, że słyszałam go zza drzwi (oddałam mu sypialnię, a ja spałam w salonie) i musiałam przetransportować się ze spaniem na korytarz. Spoko, spałam sobie smacznie przez 4h aż tu nagle wentylator zaczął strasznie głośno chodzić. Wróciłam do salonu, bo obczaiłam, że tata już tak nie chrapie i poszłam dalej spać. Jednak 9 rano a tu wiertarka, młotek, wiertarka, muzyka. Nie tylko ja jedna się wprowadzałam w ten weekend..
Wczoraj oboje chodziliśmy jak zombie. Dobrze, że to co najważniejsze było zrobione i musieliśmy tylko odebrać szczurki od Izy. 2km szliśmy z tatą z klatką i szczurkami przez miasto. Wszyscy patrzyli na nas jak na nienormalnych, ale musiałam je jakoś przetransportować. Dobrze, że był tata, bo nie wiem jakby to wszystko wyglądało.
Mam nadzieję, że to już koniec mojego pechowego tygodnia.Dziękuję za pomoc Piotrkowi, Izie, lokatorom i przede wszystkim tacie ;)
Teraz tylko pytanie tylko jak ja wrócę do Kołobrzegu bez auta =)
Jak już mówiłam do Herning bezpośrednie połączenia są tylko z Krakowa. Także aby dostać się do Danii musiałam lecieć przez Oslo, gdzie spędziłam cztery dni u taty. Niestety pogoda nie sprzyjała i tylko jeden dzień byłam w centrum, więc przesiedziałam ten czas w domu i najlepsze jest to, że przyjechałam chora. W Herning byłam już we środę.
Już od tego dnia było super zamieszanie. Z lotniska miała mnie odebrać Madzia, ale miała dużo zajęć i nie dała rady. Na szczęście znalazłam na fb chłopaka, który po mnie przyjechał. Tutaj to jest normalne, że jeździ się z ludźmi poznanymi przez fb. Na początku nie powiem, bo się stresowałam czy aby na pewno po mnie przyjedzie i czy mnie gdzieś nie wywiezie, ale był mega sympatyczny i dotarłam cała i zdrowa. Niestety nie mogłam spać u siebie na starym mieszkaniu, ponieważ przed wyjazdem podnajęłam je chłopakowi z Rumunii. On szukał mieszkania, a ja wiedząc, że zaraz się przeprowadzam nie miałam nic do stracenia. Poza tym wiadomo, że przeprowadzka to dodatkowe koszta i jak miałam okazję zaoszczędzić to czemu nie. Także spałam u Izy, u której zostawiłam na cały miesiąc moje szczurki. Kurczę fajnie jest mieć zwierzaki w domu, ale później jak się wyjeżdża to jest duży problem gdzie je zostawić i z kim. Bogu dzięki Iza zgodziła się nimi zaopiekować. I tak gwiazdy narobiły takie szkody, że szkoda gadać. Wystarczyła jedna ucieczka z klatki..
.
W czwartek rano postanowiłam pójść do spółdzielni sprawdzić czy mogę już dostać klucz do nowego mieszkania. W sumie byłam umówiona na następny dzień, ale już nie mogłam się doczekać. Dostałam klucz, zapłaciłam rachunki i poszłam zapisać się do lekarza. Także wszystko pięknie ładnie w 30 min miałam to co najważniejsze załatwione. Czekała mnie tylko przeprowadzka. Wróciłam do Izy po samochód i postanowiłam pojechać obejrzeć mieszkanie. I tu się zaczął mój pech. Auto nie odpaliło.. Bogu dzięki, że Magda po mnie nie mogła jechać dzień wcześniej, bo jakby się okazało godzinę przed moim lądowaniem, że on nie działa to bym została na lodzie.. Nie wiem co się stało z tym autem, ale nic nie działało. Wkurzona jak nie wiem, bo wiadomo wszystkie moje plany legły w gruzach i byłam nagle mega do tyłu z czasem poszłam na stare mieszkanie do tego Rumuna. Mieszkała z nim dziewczyna i obiecali mi wcześniej, że jak pomogą mi z przeprowadzką i posprzątają mieszkanie mogą zostać do poniedziałku. Zgodził się na taki układ, niestety nie było w czym pomagać..
Przypomniało mi się, że ostatnim razem jak samochód mi zgasł to sąsiad pożyczył mi kable do akumulatora, niestety ja nie pamiętałam gdzie mieszka, więc chodziłam od drzwi do drzwi, pukałam i w końcu znalazłam go. Pożyczył mi te kable i poszliśmy do Izy walczyć z autem. Super kable mamy, auto zepsute mamy, ale brakowało nam jeszcze działającego auta. U Izy przed domem jest budowa dróg, więc poprosiliśmy robotników o pomoc. Raz odpaliliśmy auto (ja już podjarana), ale zgasło. Drugi raz to samo. Za trzecim i czwartym razem nawet nie zaskoczył. Za piątym razem zaczął termometr wariować. Stwierdziłam, że to musi być coś z chłodnicą. Wlaliśmy wodę, ale wszystko wyciekło. Nasze wszelkie starania szły na marne. Ja cała wkurzona i zestresowana, bo już nie wiedziałam co mam robić, a wiadomo czas godził. Jeszcze tego samego dnia miałam odebrać tatę z lotniska, a nie miałam auta. Miałam ochotę usiąść na środku ulicy i płakać. Ci robotnicy co nam pomagali też nie mieli pojęcia co się stało z autem. Pomogli je tylko przepchnąć na parking i już tam zostało. Ja cała w stresie zaczęłam szukać kogoś kto by mi pomógł odebrać tatę z lotniska i z nieba spadł mi Piotrek, który następnego dnia miał mi pomóc w przeprowadzce. Przeprowadzka jednak została przyspieszona o jeden dzień. Wszystko w biegu. Jeszcze musiałam polecieć do lekarza, bo miałam wizytę. Okazało się, że mam za niski poziom hemoglobiny i mam anemię. W Danii jednak nie panikują z tego powodu i nie dostałam żadnych tabletek. Za miesiąc mam się zgłosić ponownie. Po prostu mam jeść wszystko czego nie lubię (marchewka, buraki etc).
Wracając do mojego cudownego dnia. Poleciałam szybko do starego mieszkania i w worki na śmieci wrzucałam wszystko jak leciało. Gdybym miała auto to bym sama wszystko sobie przewiozła, ale pech tak chciał, że nie. Po godzinie przyjechał już Piotrek i pojechaliśmy do Bilki pożyczyć przyczepę. Tam też było wesoło. Wypełniając wszystkie tabelki na stronie okazało się, że komputer nie akceptuje mojej karty kredytowej. No to dałam drugą, ale system zrobił rezerwację na przyczepę bez rezerwacji. Nie wiem jak to możliwe. Po 5 minutach wszystko się zacięło i nikt nie wiedział o co chodzi. W końcu system się odblokował i jakimś cudem przyjął kartę Piotrka. W sumie straciliśmy tam godzinę, a była już 19, a o 20:30 max musieliśmy wyjechać po tatę na lotnisko. Dobrze, że chociaż Ci moi lokatorzy zostali na starym i rozkręcili mi meble, bo bym się chyba zapłakała z tej bezradności, że wszystko na mojej głowie, a czasu brak.
Pojechaliśmy do mojego nowego mieszkania. Miałam mieszkać po numerem 18 na pierwszym piętrze, a okazało się, że mieszkam na parterze pod jedynką. W sumie dużo lepiej bo wszystkie meble i pierdoły wrzucaliśmy przez okno, aby było szybciej. I tak musieliśmy to zrobić na dwa razy. Dobrze, że był Piotrek i oni, bo ja nie mogąc nic nosić (a pewnie bym to robiła) bym się wykończyła. Także półtorej godziny i wszystko stało w mieszkaniu. Odwieźliśmy ich na stare mieszkanie, potem przyczepę, zatankowaliśmy auto i pojechaliśmy na lotnisko. Mieliśmy 10 minut do taty lądowania. Na szczęście samolot się trochę spóźnił, więc mieliśmy małą przewagę. Jak już odebraliśmy tatę to się ucieszyłam, że wszystko załatwione i ten dzień się kończy. Jednak tak wesoło nie było ;)
W piątek rano wstałam i poszłam do sklepu po coś na śniadanie. Idę po klatce i patrzę, że na drzwiach obok jest moje nazwisko, a ja przecież jestem na innym mieszkaniu. Wchodząc po raz pierwszy do mieszkania nie zwróciłam na to uwagi. Było późno, ciemno, czas nas gonił i myślałam, że będzie jak ostatnio, że zmienią mi nazwisko od 1 października dopiero. Wróciłam do domu i się śmieje do taty, że chyba mi klucz pomylili. I długo nie musiałam czekać..
Nagle dzwonek do drzwi i landlord. Okazało się, że w biurze się pomylili i dali mi zły klucz.. Chciałam, żeby tylko zamienili nazwiska na drzwiach, ale nie mogli tego zrobić, bo kontrakt podpisany był na to drugie mieszkanie. Zadzwoniłam do biura i wyjaśniłam pani ładnie, że jestem w ciąży sama z tatą i nie mogę dźwigać mebli, a tata sam nie da rady. Na szczęście landlord nam pomógł i w godzinę byłam ponownie przeprowadzona. Mówię Wam myślałam, że szału dostanę.. Nie dość, że dzień wcześniej nie wiedziałam co gdzie mam to po tej "przeprowadzce" było totalne zamieszanie. Moje dziecko przez te dwa dni przeżyło taki stres, że szok.
Jak już ogarnęłam się z nową sytuacją i nowym mieszkaniem zaczęłam rozpakowywanie, a tata składanie mebli. Okazało się, że szafa, którą kupiłam rok temu była źle złożona i tata się cały czas zastanawiał jak ja to zrobiłam. Stało to stało nie drążyłam tematu. Zwłaszcza, że ja nie czytam instrukcji i robię wszystko na "czuja". Cały dzień zajęło nam rozpakowywanie się. Nie zdawałam sobie sprawy z tego ile mam tutaj rzeczy. Ale na szczęście mieszkanko już jest gotowe. Brakuje tylko męża i maleństwa ;)
Po całym dniu taka szczęśliwa byłam, że mogę już iść spać, że szok. Jednak nadal nie było mi dane zaznanie spokoju. Mój tata tak chrapie, że słyszałam go zza drzwi (oddałam mu sypialnię, a ja spałam w salonie) i musiałam przetransportować się ze spaniem na korytarz. Spoko, spałam sobie smacznie przez 4h aż tu nagle wentylator zaczął strasznie głośno chodzić. Wróciłam do salonu, bo obczaiłam, że tata już tak nie chrapie i poszłam dalej spać. Jednak 9 rano a tu wiertarka, młotek, wiertarka, muzyka. Nie tylko ja jedna się wprowadzałam w ten weekend..
Wczoraj oboje chodziliśmy jak zombie. Dobrze, że to co najważniejsze było zrobione i musieliśmy tylko odebrać szczurki od Izy. 2km szliśmy z tatą z klatką i szczurkami przez miasto. Wszyscy patrzyli na nas jak na nienormalnych, ale musiałam je jakoś przetransportować. Dobrze, że był tata, bo nie wiem jakby to wszystko wyglądało.
Mam nadzieję, że to już koniec mojego pechowego tygodnia.Dziękuję za pomoc Piotrkowi, Izie, lokatorom i przede wszystkim tacie ;)
Teraz tylko pytanie tylko jak ja wrócę do Kołobrzegu bez auta =)
21:11
* Przy wyborze wózka przede wszystkim kierowałam się tym jak duża jest gondola. Wiadomo, że dziecko musi spokojnie sobie leżeć, a nie być powyginane. Wybraliśmy wózek Maxi-Cosi Mura 4 Plus w kolorze confetti. Jak widzicie na zdjęciu gondolka jest długa i szeroka. Spacerówka jest dobra dla dziecka do 3,5 roku. Nie jest ciężka, wygląda na wygodną, ma 6 pozycji siedzenia i bardzo łatwo można ją złożyć. Wybierając ten wózek patrzyliśmy też na to jakie są koła, tutaj piankowe. Podobno nic nie jest w stanie ich przebić, ale to okaże się dopiero podczas użytkowania.
cena: 2229zł
* Kolejnym bardzo ważnym elementem w podróży przy dziecku jest fotelik samochodowy. Tutaj wybraliśmy ponownie firmę Maxi-Cosi i model CabrioFix. Fotelik jest dla dziecka do 13kg. Idealnie dopasowywuje się do ramy wózka i co najważniejsze nie jest ciężki. Sprawdzałam kilka innych fotelików i już same w sobie były ciężkie. Ponadto postanowiliśmy kupić bazę do fotelika Familyfix. Przy takich kilometrach jakie my musimy pokonać, aby dojechać do domu dodatkowe bezpieczeństwo jest jak najbardziej na tak. Bazę łatwo można zamontować w samochodzie (wystarczy mieć isofix). Sygnalizacja świetlna i dźwiękowa potwierdza czy prawidłowo dopasowaliśmy bazę, więc kolejne ułatwienie. A co najważniejsze nie trzeba męczyć się z pasami wystarczy fotelik w bazę. I taka baza służy nam na co najmniej trzy lata i można do niej dopasować kolejny fotelik.
cena: fotelik 499zł, baza 699zł
* Wiadomo, że zimą trzeba mieć ciepły śpiworek dla malucha. Nam ciężko było dopasować do tego wózka jakikolwiek kolor, ale w końcu zdecydowaliśmy się na śpiworek z teflonem z firmy ALVI w kolorze szarym.
cena: 179zł
* Większość osób kupuje zwykłe drewniane łóżeczka lub kołyski, my postawiliśmy na łóżeczko turystyczne firmy BabyOno. W zestawie mamy już przewijak, zabawkę dla dziecka, kieszeń na akcesoria i moskitierę. A co najważniejsze łóżeczko można w łatwy sposób złożyć i zapakować do auta. Ja nie jestem zwolennikiem drewnianych łóżeczek, ponieważ dziecko w nocy się kręci i obijając się o te belki ma potem siniaki. Wiem, że są ochraniacze, ale jakoś tak ku przestrodze wolę taki typ łóżeczka.
cena: 367zł
* Dodatkowo kupiliśmy rożek, kocyk i dwie pościele firmy Feretti, kierując się przede wszystkim zdrowiem i wygodą dla dziecka. Tutaj ważna dla nas była purista, która ma na celu zapobieganie rozwojowi bakterii i mikroorganizmów. Materiały są hipoalergiczne,a purista odporna na zwykłe pranie i suszenie. A co najważniejsze są bardzo miłe w dotyku. I tylko spójrzcie na te kolory i design. Cudo.!
cena: rożek 95zł, pościel 110zł, kocyk z mikrofibry 57zł
* Kołderka i poduszka (płaska) również firmy Dacron 95. Posiada certyfikat Oeko-Tex Standard 100 "Tekstylia godne zaufania". Można ją prać w wysokich temperaturach i nie traci swojej puszystości i miękkości.
cena:95zł
* I już tutaj dwa zywkłe prześcieradła frotte firmy Olka 120cmx60cm. cena 24zł
* Butelkę wybraliśmy firmy Dr.Brown. Podobno redukują kolki, ale o tym przekonamy się już jak dzidzia przyjdzie na świat. Cena butelki to 35zł
* Smoczki firmy Tommee Tippie. Smoczki to już sprawa "osobista" dziecka. Jedne wolą płaskie smoczki, drugie okrągłe. To już od upodobań. Na początek wybraliśmy te. cena: 16zł
Już tutaj wychodzi nam prawie 4500zł.
* Koszule do porodu. Ostatnio w Esotiq znalazłam taką fajną, odpinaną na górze. Idealną do karmienia. Niestety cena takiej koszuli to 89,90zł
* Szlafrok. Ciepły i wygodny szlafrok to podstawa. Tutaj również wybrałam Esotiq i cena 129,90zł* Biustonosze do karmienia. Wiadomo, że biust szybciej rośnie w ciąży i zamiast kupować o rozmiar większe polecam te do karmienia. Są dużo wygodniejsze. Cena usztywnianego biustonosza to 59,99zł, a nieusztywnianych (dwupak) to 79,99zł H&M
* Do tego wkładki laktacyjne cena: 39,99zł/ 60 sztuk
* Laktator Tommee Tippie (w niektórych szpitalach każą brać ze sobą) cena 269zł
* Ręczniki, skarpetki, wygodne kapcie
Tutaj prawie 750zł
*Dla przyszłej mamy polecam bardzo poduszkę ciążową. Nie ma nic wygodniejszego kiedy Wasz brzuch staje się coraz większy i cierpicie na bóle pleców. Ponadto można ją później związać i ma się idealną poduszkę dla dziecka do karmienia.
Cena: 99zł
Jeszcze dużo rzeczy mamy do kupienia. Na dzień dzisiejszy taka wyprawka wyniosła nas prawie 5350zł. Aż się boję pomyśleć ile jeszcze rzeczy trzeba kupić. Już widzę, że kilku rzeczy nam brakuje np. wanienki, pianki, kosmetyków, pampersów. Masakra. Wszystkie rzeczy kupiliśmy w sklepie ZUZIA. Polecam.!
Jak macie jakieś pytania to piszcie śmiało ;) Dziękuję wszystkim mamom, które udzielały mi rad i dzieliły się swoimi doświadczeniami :*
Coraz więcej osób pisze i pyta mnie ile kosztuje taka wyprawka dla malucha. Szczerze powiem nie mam jeszcze pojęcia. Większość rzeczy już m...
first steps
Coraz więcej osób pisze i pyta mnie ile kosztuje taka wyprawka dla malucha. Szczerze powiem nie mam jeszcze pojęcia. Większość rzeczy już mamy, ale wiadomo, że dziecko cały czas czegoś potrzebuje. My mamy szczęście i dziadkowie nam wszystko kupują. Ja jestem zwolenniczką odkupywania rzeczy, ale dla nich kupowanie nowych to przyjemność także my tylko wybieramy kolory i modele. Fakt, faktem ceny są dosyć wysokie, ale na pierwszą wnuczkę nikt nie żałuje.
1. Bezpieczna podróż
* Przy wyborze wózka przede wszystkim kierowałam się tym jak duża jest gondola. Wiadomo, że dziecko musi spokojnie sobie leżeć, a nie być powyginane. Wybraliśmy wózek Maxi-Cosi Mura 4 Plus w kolorze confetti. Jak widzicie na zdjęciu gondolka jest długa i szeroka. Spacerówka jest dobra dla dziecka do 3,5 roku. Nie jest ciężka, wygląda na wygodną, ma 6 pozycji siedzenia i bardzo łatwo można ją złożyć. Wybierając ten wózek patrzyliśmy też na to jakie są koła, tutaj piankowe. Podobno nic nie jest w stanie ich przebić, ale to okaże się dopiero podczas użytkowania.
cena: 2229zł
* Kolejnym bardzo ważnym elementem w podróży przy dziecku jest fotelik samochodowy. Tutaj wybraliśmy ponownie firmę Maxi-Cosi i model CabrioFix. Fotelik jest dla dziecka do 13kg. Idealnie dopasowywuje się do ramy wózka i co najważniejsze nie jest ciężki. Sprawdzałam kilka innych fotelików i już same w sobie były ciężkie. Ponadto postanowiliśmy kupić bazę do fotelika Familyfix. Przy takich kilometrach jakie my musimy pokonać, aby dojechać do domu dodatkowe bezpieczeństwo jest jak najbardziej na tak. Bazę łatwo można zamontować w samochodzie (wystarczy mieć isofix). Sygnalizacja świetlna i dźwiękowa potwierdza czy prawidłowo dopasowaliśmy bazę, więc kolejne ułatwienie. A co najważniejsze nie trzeba męczyć się z pasami wystarczy fotelik w bazę. I taka baza służy nam na co najmniej trzy lata i można do niej dopasować kolejny fotelik.
cena: fotelik 499zł, baza 699zł
* Wiadomo, że zimą trzeba mieć ciepły śpiworek dla malucha. Nam ciężko było dopasować do tego wózka jakikolwiek kolor, ale w końcu zdecydowaliśmy się na śpiworek z teflonem z firmy ALVI w kolorze szarym.
cena: 179zł
2.Spanie
* Większość osób kupuje zwykłe drewniane łóżeczka lub kołyski, my postawiliśmy na łóżeczko turystyczne firmy BabyOno. W zestawie mamy już przewijak, zabawkę dla dziecka, kieszeń na akcesoria i moskitierę. A co najważniejsze łóżeczko można w łatwy sposób złożyć i zapakować do auta. Ja nie jestem zwolennikiem drewnianych łóżeczek, ponieważ dziecko w nocy się kręci i obijając się o te belki ma potem siniaki. Wiem, że są ochraniacze, ale jakoś tak ku przestrodze wolę taki typ łóżeczka.
cena: 367zł
* Dodatkowo kupiliśmy rożek, kocyk i dwie pościele firmy Feretti, kierując się przede wszystkim zdrowiem i wygodą dla dziecka. Tutaj ważna dla nas była purista, która ma na celu zapobieganie rozwojowi bakterii i mikroorganizmów. Materiały są hipoalergiczne,a purista odporna na zwykłe pranie i suszenie. A co najważniejsze są bardzo miłe w dotyku. I tylko spójrzcie na te kolory i design. Cudo.!
cena: rożek 95zł, pościel 110zł, kocyk z mikrofibry 57zł
* Kołderka i poduszka (płaska) również firmy Dacron 95. Posiada certyfikat Oeko-Tex Standard 100 "Tekstylia godne zaufania". Można ją prać w wysokich temperaturach i nie traci swojej puszystości i miękkości.
cena:95zł
* I już tutaj dwa zywkłe prześcieradła frotte firmy Olka 120cmx60cm. cena 24zł
* Butelkę wybraliśmy firmy Dr.Brown. Podobno redukują kolki, ale o tym przekonamy się już jak dzidzia przyjdzie na świat. Cena butelki to 35zł
* Smoczki firmy Tommee Tippie. Smoczki to już sprawa "osobista" dziecka. Jedne wolą płaskie smoczki, drugie okrągłe. To już od upodobań. Na początek wybraliśmy te. cena: 16zł
Już tutaj wychodzi nam prawie 4500zł.
3. Wyprawka do szpitala
* Koszule do porodu. Ostatnio w Esotiq znalazłam taką fajną, odpinaną na górze. Idealną do karmienia. Niestety cena takiej koszuli to 89,90zł
* Szlafrok. Ciepły i wygodny szlafrok to podstawa. Tutaj również wybrałam Esotiq i cena 129,90zł* Biustonosze do karmienia. Wiadomo, że biust szybciej rośnie w ciąży i zamiast kupować o rozmiar większe polecam te do karmienia. Są dużo wygodniejsze. Cena usztywnianego biustonosza to 59,99zł, a nieusztywnianych (dwupak) to 79,99zł H&M
* Do tego wkładki laktacyjne cena: 39,99zł/ 60 sztuk
* Laktator Tommee Tippie (w niektórych szpitalach każą brać ze sobą) cena 269zł
* Ręczniki, skarpetki, wygodne kapcie
Tutaj prawie 750zł
*Dla przyszłej mamy polecam bardzo poduszkę ciążową. Nie ma nic wygodniejszego kiedy Wasz brzuch staje się coraz większy i cierpicie na bóle pleców. Ponadto można ją później związać i ma się idealną poduszkę dla dziecka do karmienia.
Cena: 99zł
Jak macie jakieś pytania to piszcie śmiało ;) Dziękuję wszystkim mamom, które udzielały mi rad i dzieliły się swoimi doświadczeniami :*
09:31
Już mija trzeci tydzień (nie zapeszając) kiedy czuję się naprawdę dobrze i z dumą mogę powiedzieć, że powróciłam do żywych. Całe pięć miesię...
last three weeks
Już mija trzeci tydzień (nie zapeszając) kiedy czuję się naprawdę dobrze i z dumą mogę powiedzieć, że powróciłam do żywych. Całe pięć miesięcy umierałam, nic prawie nie jadłam, miałam zastrzyki i naprawdę wycierpiałam się aż za bardzo. Wszystko zaczęło mijać wraz z wyjazdem do Anglii. Tam nabrałam apetytu (nawet nie wiecie jakie to wspaniałe uczucie zjeść normalnie mięsko i ziemniaczki) i przybyło pierwsze 2kg. Chyba zmiana klimatu, otoczenia dobrze na mnie podziałała.
Do Anglii poleciałam na chrzciny mojego małego kuzyna, którego zostałam mamą chrzestną. Podobno chłopiec jako pierwszy chrześniak przynosi szczęście. Maluch ma sześć miesięcy, ale jest tak cudownym dzieckiem, że szok. Mnie strasznie teraz ciągnie do dzieci, a do chłopców szczególnie. Zawsze moim marzeniem było mieć trzech synów. Teraz będę miała pół synka Natanka i Julkę.
Natan ciągle się śmieje, gaworzy jest idealny. Nawet muszę powiedzieć, że prowadzimy bardzo podobny tryb życia: śpimy, jemy, pogadamy i dalej śpimy, jemy i gadamy. Małe dzieci są tak urocze. Ja cały tydzień się śmiałam i mówiłam do Julki, że ma się uczyć od Natanka. Takie grzeczne dziecko to skarb.
Po tych dniach spędzonych z Natankiem jeszcze bardziej nie mogę się doczekać aż Julka przyjdzie na świat. Ciekawi mnie do kogo będzie podobna, jak duża się urodzi, po kim będzie miała charakter. Wiem, że dni lecą strasznie szybko i dopiero co się dowiedziałam, że jestem w ciąży a tu już szósty miesiąc, ale jak dla mnie mógłby być już styczeń. Nie mogę się doczekać aż wezmę ją na ręce i przytulę. Taka będzie moja mała perełka. Podejrzewam, że będę w niej tak zakochana, że nie będę potrafiła jej nic później odmówić. Już teraz jak wchodzę do sklepu to kupuję wszystko co mi się podoba. Szafa powoli pęka w szwach, a co dopiero jak będziemy razem chodziły po sklepach i zacznie pokazywać na zabawki. Wszyscy już się śmieją, że to będzie najbardziej rozpieszczone dziecko na świecie.
Do Anglii poleciałam na chrzciny mojego małego kuzyna, którego zostałam mamą chrzestną. Podobno chłopiec jako pierwszy chrześniak przynosi szczęście. Maluch ma sześć miesięcy, ale jest tak cudownym dzieckiem, że szok. Mnie strasznie teraz ciągnie do dzieci, a do chłopców szczególnie. Zawsze moim marzeniem było mieć trzech synów. Teraz będę miała pół synka Natanka i Julkę.
Natan ciągle się śmieje, gaworzy jest idealny. Nawet muszę powiedzieć, że prowadzimy bardzo podobny tryb życia: śpimy, jemy, pogadamy i dalej śpimy, jemy i gadamy. Małe dzieci są tak urocze. Ja cały tydzień się śmiałam i mówiłam do Julki, że ma się uczyć od Natanka. Takie grzeczne dziecko to skarb.
Po tych dniach spędzonych z Natankiem jeszcze bardziej nie mogę się doczekać aż Julka przyjdzie na świat. Ciekawi mnie do kogo będzie podobna, jak duża się urodzi, po kim będzie miała charakter. Wiem, że dni lecą strasznie szybko i dopiero co się dowiedziałam, że jestem w ciąży a tu już szósty miesiąc, ale jak dla mnie mógłby być już styczeń. Nie mogę się doczekać aż wezmę ją na ręce i przytulę. Taka będzie moja mała perełka. Podejrzewam, że będę w niej tak zakochana, że nie będę potrafiła jej nic później odmówić. Już teraz jak wchodzę do sklepu to kupuję wszystko co mi się podoba. Szafa powoli pęka w szwach, a co dopiero jak będziemy razem chodziły po sklepach i zacznie pokazywać na zabawki. Wszyscy już się śmieją, że to będzie najbardziej rozpieszczone dziecko na świecie.




